To nie był plan. To był proces.
Najpierw był Tybet
Od dwudziestu lat wracam w Himalaje. Jako pilot, ale też prywatnie – bo jestem z tych, co na wakacje też jadą do Tybetu, tylko w inne miejsca, bardziej off the road i w gorszych warunkach.
Przez lata budowałam mosty między Tybetem a Polską – organizując wyprawy, pisząc, pokazując ten region takim, jakim jest naprawdę: bez filtrów i bez lukru. Moim wielkim marzeniem było stworzenie mobilnego szpitala w Tybecie. Życie, polityka i pandemia skierowały tę drogę w inną stronę.
Gdy świat się zatrzymał i granice się zamknęły, wróciło do mnie dawne, ciche marzenie – medycyna tybetańska.
Potem była medycyna
Wybrałam dietetykę, bo wierzę, że profilaktyka jest najgłębszą formą troski o siebie. Przez kilka lat prowadziłam konsultacje. Lubiłam pomagać, lubiłam rozmawiać i szybko widziałam przyczynę problemu.
Ale byłam sfrustrowana. Większość osób nie stosowała się do zaleceń, więc nie miała efektów. Z zazdrością patrzyła na tych, którzy brali odpowiedzialność za swoje zdrowie, pili przepisane zioła i… mieli efekty. Konsultacje przestały mnie cieszyć. Zrezygnowałam.
Medycyna tybetańska zmieniła też mnie samą. Zniknęły zimne dłonie i stopy, przewlekły śluz, wzdęcia. Mam więcej energii, rzadziej choruję i łatwiej radzę sobie ze stresem. Ciało naprawdę potrafi wracać do równowagi – kiedy zaczyna się je słyszeć.
I była decyzja
W zeszłym roku rzuciłam pilotowanie. Po ostatnim wyjeździe moje ciało dochodziło do siebie 108 dni. To za długo.
Miałam dość biegu od zabytku do zabytku, dość współpracy z biurami podróży, dość programów rozpisanych co do minuty. Dość systemu, który traktuje podróż jako produkt do skonsumowania.
Świat się zmienia. Pędzi, produkuje coraz więcej bodźców. Nasz układ nerwowy potrzebuje czegoś zupełnie innego – ciszy, przyrody, naturalnego światła, zatrzymania się.
Ja też tego potrzebowałam.
Most między dwoma światami
Jestem wiatrem – w rozumieniu medycyny tybetańskiej. Brakuje mi elementu ziemi i przestrzeni. Dlatego tak dobrze czuję się w Tybecie i Bhutanie – czuję się spokojna, wolna, u siebie.
Patrzę na świat przez pryzmat pięciu elementów. Staram się żyć zasadami medycyny tybetańskiej na co dzień – nie jako teorią, ale jako sposobem bycia.
I właśnie to połączenie – dwadzieścia lat podróżowania i kilka lat zgłębiania Sowa Rigpy – sprawiło, że zaczęłam prowadzić wyprawy regeneracyjne do Bhutanu. Nie jako pilot z flagą. Jako ktoś, kto łączy w sobie oba światy.
Marzę o tym, żeby prowadzić wyjazdy w małych grupach bardziej kameralne, intymne z ludźmi, którzy stają w swojej mocy i biorą odpowiedzialność za siebie, za swoje zdrowie i samopoczucie. I wiedzą, że zmieniając się sami, zmieniają świat wokół siebie. Bhutan daje ku temu idealne warunki.
Jeśli czujesz, że to może być Twoja podróż:
- Wyprawa grupowa – Bhutan w rytmie spokoju – najtańsze wejście w tę przestrzeń
- Wyprawa indywidualna inspirowana Sowa Rigpą – program dopasowany do Ciebie
- Podróż prywatna 1:1 – jestem z Tobą przez cały czas
