Bhutan ma wiele miejsc wartych odwiedzenia. Ale są takie, do których wracam myślami najczęściej. Oto moje cztery.
Tygrysie Gniazdo
Wiem, że wszyscy tu przyjeżdżają, żeby wejść na Tygrysie Gniazdo. I rozumiem dlaczego.
Pamiętam pewną wędrówkę wczesną wiosną. Byłam sama. Na drzewach był szron, przez liście przebijały promienie światła. Leciałam na górę jak na skrzydłach, śpiewając po tybetańsku – Dysum Sangye Guru Rimpoche – choć śpiewanie nie jest moją pasją. Była w tym magia tu i teraz, której nie da się zaplanować.
Zawodowo, wiem, że nie każdy patrząc na tę trasę, wierzy w swoje siły. Prowadzę to wejście tak, żeby wszyscy, którzy się zdecydują – weszli. Mam swoje metody. I zawsze mówię tym najwolniejszym: nie martw się, no one left behind. Idź w swoim tempie, grupa poczeka.
I oni wchodzą. I są wzruszeni. I ja jestem wzruszona. I zawsze im dziękuję, że dali radę.
Trongsa
Mój ulubiony dzong w Bhutanie.
Jest monumentalny w sposób, który rozumiesz dopiero na miejscu. To stąd wywodzi się dynastia Wangchuk – królewska rodzina panująca do dziś. Dzong postawiono w miejscu, którego nie dało się ominąć: jechałeś ze wschodu, przekraczałeś wrota, płaciłeś myto, wychodziłeś drugimi drzwiami i byłeś już na zachodzie. Nie było innej drogi. Kto kontrolował Trongsę, kontrolował Bhutan.
To czuć, stojąc przed nim.
Phobjikha
Cisza. Spokój. Przestrzeń.
Klasztor Gangtey i trekking przez las – to dla mnie kwintesencja bhutańskiego szczęścia. Szeroka, otwarta dolina, w której nic nie krzyczy o Twoją uwagę.
Zimą przylatują tu żurawie czarnoszyjne z Wyżyny Tybetańskiej. Nigdy jeszcze nie byłam tam zimą. To jedno z niewielu miejsc w Bhutanie, do których wciąż mam coś do odkrycia.
Bumthang
Serce Bhutanu. Więcej świątyń i klasztorów na małej przestrzeni niż gdziekolwiek indziej w kraju.
Jampe Lhakhang – jedna z najstarszych świątyń w Bhutanie, założona w VII wieku przez tybetańskiego króla Songtsen Gampo. Kurje Lhakhang – z odciskiem ciała Guru Rinpoche odciśniętym w skale.
I dolina Tang – trochę na uboczu, którą kocham za sielski spokój. Nawet kiedy brniesz tam w błocie na trekkingu, jesteś szczęśliwy.
Ugyen Choeling – absolutnie piękne miejsce. Poznałam kiedyś szwajcarskiego gentlemana, męża właścicielki. Zaproponował, że możemy obejrzeć prywatną kaplicę. Zabrałam tam chętnych z grupy. W środku stała wielka figura Dorje Sempy. Kiedy zaczęłam recytować 100-sylabową mantrę, bhutański staruszek, słysząc to, wykrzyknął zdumiony: Ya la! – czyli tak jest! Mój przyjaciel Sonam powiedział wtedy: ona jest tybetańską dakinią. Staruszek ze zrozumieniem pokiwał głową.
Jem tam lunch z grupą w warzywniku. Warunki proste, domowe. Jedzenie przepyszne.
I jeszcze jedno
W Bhutanie kocham chmury, mgły i tęcze – uważane tu za szczególne błogosławieństwo. I powykręcane drzewa, które wyłaniają się z mgły niczym wielkie straszliwe yeti.



