Są terminy i jest formularz zgłoszenia. Ale po formularzu jest rozmowa — i to ja decyduję, kogo zabieram.
Wiem, jak to brzmi. Pozwól, że wyjaśnię.
Czym jest yul
W języku tybetańskim istnieje słowo, którego nie da się przetłumaczyć na polski jednym wyrazem: yul.
Najbliżej byłoby „miejsce”. Ale yul to nie punkt na mapie. To miejsce, które ma swojego gospodarza. Które komuś podlega, coś pamięta i czegoś od ciebie wymaga. Dolina jest yul. Góra jest yul. Twoja rodzinna wieś jest yul — i dlatego to samo słowo znaczy też „dom”, „kraj”, „to, skąd jesteś”.
Człowiek wychowany w tej kulturze, przekraczając przełęcz, nie zmienia scenerii. Wchodzi do kogoś.
My tego pojęcia nie mamy. Mamy „lokalizację”, „destynację”, „punkt programu”. Dlatego można przejechać przez Bhutan czy Tybet w dziesięć dni, zrobić czterysta zdjęć i wrócić z niczym. Widziałeś wszystko i nie zobaczyłeś nic — bo patrzyłeś na krajobraz tam, gdzie ktoś inny widzi relację.
Moje wyprawy są o tym. O nauczeniu się patrzenia.
Dlaczego jedziemy wolno
Jedziemy wolno, bo yul nie odsłania się w pośpiechu. Slow trip nie jest wersją dla zmęczonych ani luksusem dla tych, którym się nie chce. Jest jedynym tempem, w którym to, o czym mówię, w ogóle staje się widoczne. Zostajemy tam, gdzie inni zatrzymują się na kwadrans.
W programie jest mniej punktów niż u każdego innego organizatora. To nie jest niedopatrzenie. To jest metoda.
Jeśli liczysz punkty programu — nie jedź ze mną. Będziesz rozczarowany i będziesz miał rację.
Jak patrzę
Nie sprzedaję Ci najszczęśliwszego kraju świata. Bhutan nie jest szczęśliwy — ma emigrację młodych, ma przemoc, ma uzależnienia i ma swoich chamów, jak każde miejsce na ziemi. Pierwszą rzeczą, jaką tam zobaczyłam, była kobieta karmiąca niemowlę w domu skleconym z beczek po asfalcie, przy drodze do Trashigangu.
Nie sprzedaję Ci też duchowego Tybetu. W Lhasie chińscy turyści przebierają się za tybetańskie księżniczki, a zachodni biegają w czubach z różańcem w dłoni i natchnioną miną. Kora wokół Kailashu jest dziś w ofercie każdego biura podróży.
Jeżdżę tam mimo to. Od dwudziestu lat.
Bo to, po co się tam jedzie, nie jest widoczne z autokaru. To jest szept starej mniszki pod Jokhangiem i łzy w jej oczach, kiedy puszczam jej nagranie Karmapy. To przypadkowy człowiek, który pokazuje mi z dumą zdjęcia rodziny w telefonie. To herbata z masłem i solą, na którą po dwudziestu latach nadal mam uczulenie. To moment na progu domku medytacyjnego po powrocie z Gebchak, kiedy świat na chwilę się zatrzymał i została tylko pustka wokół. To rejs różowymi wodami Brahmaputry o zachodzie słońca, w drodze z Samye.
Tych rzeczy nie ma w żadnym programie i nie da się ich zaplanować. Można tylko jechać tak, żeby miały gdzie się wydarzyć — i wiedzieć, na co patrzeć, kiedy się wydarzą.
To jest cała moja robota.
Dlaczego jest rozmowa
Jedzie nas od sześciu do dziesięciu osób. Plus ja. Nigdy więcej.
Przy tej liczbie widzę każdego. Wiem, kto ma gorszy dzień, kto potrzebuje ciszy, a kto właśnie teraz jest gotowy usłyszeć coś, czego nie usłyszałby wczoraj. Powyżej dziesięciu osób przestaję prowadzić ludzi, a zaczynam zarządzać grupą. Robiłam to osiemnaście lat i już wystarczy.
Skoro miejsc jest tyle, ile jest — muszę wiedzieć, kogo zabieram. Nie sprawdzam kondycji ani zasobności portfela. Sprawdzam jedno: czy jedziesz zrozumieć, czy jedziesz zobaczyć.
Rozmowa nie jest formalnością i nie jest sprzedażą. Zdarzyło mi się kogoś nie przyjąć. Zdarzyło się też, że ktoś sam się wycofał po rozmowie — i uważam, że to było dobre rozwiązanie dla nas obojga.
Zasady, których nie negocjuję
Nie ma rabatów. Nigdy, dla nikogo, z żadnego powodu. Cena jest jedna i jest uczciwa wobec wszystkich, którzy jadą.
Nie ma dostawiania miejsc. Jeśli grupa jest pełna, jest pełna.
Nie ma zmiany tempa pod osobę, która się nudzi. Tempo jest częścią metody.
Dla kogo to jest
Dla kogoś, kto był już wszędzie i zorientował się, że nadal nigdzie naprawdę nie był.
Dla kogoś, kto ma dość bycia obsługiwanym i chciałby raz zostać potraktowany poważnie.
Dla kogoś, kto podejrzewa, że te miejsca znaczą więcej, niż pokazują — i chce wiedzieć co.
Jeśli to o Tobie, wypełnij formularz. Przeczytam go osobiście i odezwę się, jeśli uznam, że powinniśmy porozmawiać.
Jeśli to nie o Tobie — nie jedź. Naprawdę. Są tańsze sposoby, żeby zobaczyć Himalaje, i nie ma w tym nic złego.
Iwona Bartoszcze
Wyprawy w małej grupie — terminy

Tybet – Everest, Kailash i Królestwo Guge
19 dni, czerwiec 2027. Jeden termin, bo Saga Dawa jest raz.

Bhutan — W rytmie spokoju
15 dni, wiosna albo jesień 2027.