Birma. Jechać, czy nie jechać?

Birma. Jechać, czy nie jechać?

Birma, jechać czy nie jechaćMoi Klienci, często zadają mi dwa pytania: czy w Birmie jest bezpiecznie? i czy to moralne jeździć do kraju, który prześladuje swoich obywateli? Na pierwsze z tych pytań odpowiedz jest prosta, na drugie nie odważyłabym się odpowiedzieć jednoznacznie. Czy coś jest dla kogoś moralne, czy nie, to kwestia systemu wartości wyznawanego przez daną osobę.

Rohingya, to temat który w ostatnich miesiącach rozgrzewał zachodnie media. I jest to temat bardzo skomplikowany. Podróżując ostatnio po Birmie miałam okazję rozmawiać z ludźmi na ten temat, to co usłyszałam zmieniło nieco moje spojrzenie na tę sprawę. Mam niestety taką przypadłość, że zawsze „szukam dziury w całym” i chcę wiedzieć „jakimi rzeczy są”, dlatego nie usłyszycie ode mnie, że Bhutan jest „krainą szczęśliwości”, „Tybetańczycy, to naród miłujący pokój”, „Birmańczycy są źli a Rohingya dobrzy”, albo odwrotnie :-). Zacznijmy od odpowiedzi na łatwiejsze pytanie.

Czy w Birmie jest bezpiecznie?

Tak. W regionach dostępnych dla turystów, jest bezpiecznie. Podróżując do Baganu, Mandalay, Rangunu czy nad jezioro Inle nie grozi Wam niebezpieczeństwo, że wpadniecie w sam środek „zadymy”. Równie bezpiecznie jest w Ngapali i Mrauk U, mimo że leżą one w Arakanie czyli tym birmańskim stanie, który stał się areną konfliktu.

Czy to moralne jechać do Birmy?

To musicie ocenić sami. Niezbitym faktem jest, że w Birmie dochodzi do aktów przemocy – buddyjska większość od lat prześladuje Rochingya. 600.000 Rohingia zmuszono do ucieczki do Bangladeszu (który to kraj nie miał w ogóle ochoty ich przyjąć). 6700 osób zostało zabitych (chociaż są to, póki co liczby nie potwierdzone). Drugi fakt jest taki, że większość mediów zachodnich pokazało tylko jedną stronę dramatu – bardzo medialny temat – buddystów prześladujących muzułmanów, zapominając że każdy kij ma dwa końce, a prawda leży gdzieś po środku.

Kim są owi prześladowani Rohingya, czy też wolą ich nazywać Birmańczycy -„Bengalczycy”?

Jak pisze Michał Lubina na łamach Pulsu Azji ”[…]Odnośnie Rohingya i ich pochodzenia/tożsamości toczą się zażarte spory. Ich istotą jest pytanie: od kogo pochodzą Rohingya? Można tu wyróżnić trzy stanowiska. 1) Rohingya są potomkami muzułmańskich kupców (perskich, arabskich i indyjskich) od ponad dziesięciu wieków zamieszkujących Arakan. 2) Rohingya bezpośredni następcy bengalskich imigrantów z XIX i XX wieku. 3) Rohingya to Bengalczycy migrujący do Birmy w ostatnich dekadach. […]”. I najprawdopodobniej wszystkie te stanowiska są prawdziwe. Pewien procent to potomkowie kupców, część Rohingya przywędrowało do Birmy za czasów panowania Anglików, a część przybywa teraz z sąsiedniego Bangladeszu.

Jak wygląda sytuacja Rohingya?

Od 1982 r. rząd Birmy nie uznaje Rohingya za osobną grupę etniczną i traktuje ich jako nielegalnych imigrantów. W świetle prawa nie są obywatelami Birmy – nie posiadają oni birmańskich dowodów osobistych a tylko zaświadczenie, że są obcokrajowcami, co stanowi duże utrudnienie w przemieszczaniu się, podjęciu pracy, itp. Aby zawrzeć małżeństwo, wybudować, czy naprawić dom muszą mieć zgodę specjalnego urzędu. Władza w mediach wypowiadała się na ich temat stosując sformowania w stylu „te brudne ogry”. Prześladowania Rohingya to nie jest kwestia li tylko 2017 r. Wcześniejsze czystki etniczne prowadzono w 1978 oraz 1991/1992 r. Armia birmańska stosując politykę „czterech cięć”, nie odróżniając cywili od wojskowych, bardzo „skutecznie” rozwiązuje problemy etniczne w kraju. Stosując masowe aresztowania, tortury, morderstwa i gwałty domniemanych partyzantów, a także ludności cywilnej, armia birmańska zmusiła już dwukrotnie muzułmanów do opuszczenia wiosek i ucieczki do Bangladeszu.

W 2013 r. Rohingya powołali do życia Arakan Rohingya Salvation Army (ARSA) i od 2016 r. toczą wojnę podjazdową z armią birmańską. Może nie dziwić fakt, że lud, który od dziesięcioleci cierpi prześladowania decyduje się na podjecie walki zbrojnej. Problem polega na tym, że na czele ARSA stoją ludzie na stałe mieszkający w Arabii Saudyjskiej (przywódca ruchu Ata Ullah urodził się w Pakistanie, a wychował w Mekce).

Co na to „przeciętny” Birmańczyk?

Co może zdumiewać w kraju, w którym 90% populacji to „miłujący pokój buddyści” (jeżeli myślicie, że Birmańczycy to stroniący od przemocy spokojny buddyjski naród – poczytajcie koniecznie historię tego kraju), przemoc wobec Rochingya ma szerokie poparcie społeczne i to nie tylko wśród prostych niewykształconych ludzi (którzy słuchają ziejącego nienawiścią mnicha Ashina Wirathu) ale i u osób wykształconych i głęboko praktykujących buddyzm. W ostatnich miesiącach ulicami Rangunu przeszły kilkutysięczne manifestacje poparcia dla działań armii, w których biorą udział nie tylko osoby świeckie ale i duchowni (Birmańczyków „broniących kraju” wsparł m.in. lama Lobzang, ustępujący sekretarz generalny Międzynarodowej Konfederacji Buddyjskiej (IBC)).

Skąd się bierze, to negatywne nastawienie do Rohingya?

Po pierwsze muzułmanie nigdy całkowicie nie zintegrowali się ze społeczeństwem birmańskim. – „Małżeństwo z muzułmaninem” ?– „To niemożliwe, rodzina nigdy się na coś takiego nie zgodzi” – tak odpowiedziała mi jedna z moich birmańskich przyjaciółek. Birmańczycy są bardzo przywiązani do buddyzmu therawady, który wyznają, a małżeństwo z muzułmaninem wiąże się z koniecznością przejścia na islam i wykluczenia z buddyjskiego społeczeństwa. Kobieta zostaje bez wsparcia rodziny i społeczności, czyli w bardzo rodzinnej Birmie, nic fajnego.

Po drugie, w czasach gdy Birma była angielską kolonią, Brytyjczycy sprowadzili wielu Bengalczyków i obsadzili nimi urzędy, zastępując na nich Birmańczyków. I podobnie jak spora część społeczeństwa Polskiego nie powie dobrego słowa o Rosjanach („okupacja komunistyczna”, itp.), tak Bengalczycy kojarzą się mieszkańcom „Złotej Ziemi” z utratą niepodległości i opresją. Z resztą pierwsze, co zrobiono, po tym jak Anglicy odeszli, to pozbyto się indyjskich zarządców (na czym kraj de facto stracił, bo w tym czasie byli to, siłą rzeczy, jedyni fachowcy).

Kolejna rzecz, ilość Bengalczyków w Arakanie stale rośnie. „Zostawiasz odłogiem pole na kilka miesięcy, a kiedy tam wracasz, to stoi tam mały domek, a w nim mieszka wielodzietna rodzina. I nic nie możesz zrobić”. – to cytat z mojego znajomego birmańskiego chrześcijanina (ów znajomy nie jest Bamarem, ale przedstawicielem jednej z mniejszości – Kareni).

Polityka

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy, bardziej polityczny. Kiedy Daw Aung San Suu Kyi doszła do władzy, a jej partia w cuglach wygrała wybory parlamentarne – sytuacja wielu osób, które wcześniej były u władzy znacząco się pogorszyła. Wyobraźcie sobie, że musicie się przesiąść ze swojego Maybacha na rower bo nie stać was na benzynę. Chcielibyście, żeby osoba, która wam to zrobiła zniknęła jak najszybciej i wszystko wróciło do stanu poprzedniego. Jeżeli Aung San Suu Kyi wypowiedziałaby się przeciwko działaniom armii, straciłaby władzę. Dlatego Noblistka długo milczała w kwestii prześladowań Rochingya. Nie chodzi tu o jej przywiązanie do własnego „stołka”, ale o program reform, które wdraża. A nie ma łatwo. To, że w parlamencie birmańskim demokraci stanowią większość, nie oznacza, że Tatmadaw (armia) utraciła władzę. Do Armii należą 3 najważniejsze ministerstwa: obrony, spraw wewnętrznych i pogranicza (czyli upraszczając, mniejszości etnicznych). Dodatkowo, konstytucja Birmy gwarantuje generałom 25% miejsc w parlamencie oraz prawo przeprowadzenia zamachu stanu jeśli armia uzna, że sytuacja jest zła (czyli de facto, kiedy zechce). Czyli resumując, jak usłyszałam od kilku osób w Birmie, za przemocą wobec Rohingya stoi w armia, o czym światowe media wolały nie, lub nie mogły, wprost pisać.

Kolejny argument, który podnoszą Birmańczycy, popierając czystki etniczne Rohingya, to fakt, że wiele wskazuje na to, że ARSA (Arakhan Rohingya Salvation Army) ma silne związki z extremistami islamskimi, o czym pisałam powyżej. Birmańczycy się tego boją.

Jak widzicie sytuacja nie jest wcale tak prosta i tak jednostronna, jak próbują nam to przedstawić media. I tu znowu zacytuję Michała Lubinę: „[…]W przekazie medialno-politycznym dotyczącym Birmy do 2012 r. dominował wątek wsparcia Aung San Suu Kyi i prób demokratyzowania kraju. O Rohingya, poza wąskim kręgiem specjalistów, niemal nikt nie słyszał. Niedola tych muzułmanów była słabo znana (podobnie jak inne problemy wewnętrzne izolującej się bądź będącej izolowaną Birmy). Przez trzydzieści lat ich los był niemal całkowicie obojętny nie tylko Zachodowi. Nawet muzułmańskim partnerom Birmy z ASEAN. Malezja i Indonezja odsyłały uciekających do nich na łódkach migrantów Rohingya. Wszystko zmieniło się w 2012 r. Wówczas media zachodnie, otrzymawszy po raz pierwszy od 1962 r. w miarę łatwy dostęp do Birmy, nagłośniły problem. Teraz zaczęto powszechnie mówić o problemach etnicznych Birmy. A co ważniejsze – w toczących się walkach etnicznych między Rohingya a Arakańczykami korespondenci zachodni mediów wyraźnie wzięli stronę muzułmanów Rohingya. Ujrzeli w nich jedynie ofiarę, a nie przede wszystkim ofiarę i – rzadziej, ale jednak – współwinowajców zajść.[…]”.

Wybierając się do Birmy, nie musicie się obawiać, że wpadniecie w epicentrum konfliktu, ale czy jechać czy nie – na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Starałam się, na tyle na ile pozwala moja skromna wiedza na ten temat, przedstawić obiektywnie sytuację. Ocenę pozostawiam Wam.


Iwona Bartoszcze

Jestem przewodniczką i pilotką wycieczek do Birmy, Bhutanu, Nepalu i Tybetu. Pomagam organizować wyjazdy indywidualne do Azji. Współpracuję z lokalnymi tour operatorami w Tybecie, Chinach, Birmie, Nepalu i Bhutanie. Prowadzę wycieczki oraz autorskie programy dla CT Poland, Soul Travel, Barents.


Birma. Jechać, czy nie jechać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.